Podczas ostatniej wizyty w kinie dowiedziałam się, że:
- Steven Spielberg zrobił film o koniu (a ja z jakiegoś powodu nigdy nie lubiłam Lassiego);
- muzyczne tematy przewodnie z Ojca chrzestnego i Jurassic Park wciąż nadają się do zagłuszania myśli znudzonej widowni w oczekiwaniu na rozpoczęcie… zwiastunów i reklam przed właściwym seansem filmowym;
- jedynym sposobem na opowiedzenie historii o Marylin Monroe jest przyjęcie punktu widzenia nieopierzonego młodzieńca na kolejną Malenę oraz że Marylin w gruncie rzeczy potrzebowała pomocy psychiatrycznej.
Jak zwykle, poszukuję nowości w kinie. W przeciwieństwie do filmów aktorskich animacje pokroju Chico & Rita, mimo właściwie dość banalnej historii niespełnionej (?) młodzieńczej miłości, są w stanie zrobić na mnie większe wrażenie. Za sprawą to bardzo fajnej techniki czy niezwykle poruszającej muzyki. Bo Chico & Rita to opowieść nie tylko o parze tytułowych bohaterów. To jeszcze niezwykły świat zmysłów, jaki porusza nam muzyka, której to muzyce wierzymy jak najlepszemu aktorowi w wybornej roli.
Niby od czapy, ale może jednak niezupełnie, przychodzi mi na myśl pewien krótki tekst autorstwa Umberto Eco, który przeczytałam lata temu, a który jednak w najmniej spodziewanych momentach i okolicznościach daje mi o sobie znać. Jest coś w młodzieńczej miłości, chłopięcym zafascynowaniu kobietami starszymi, dojrzałymi czy choćby dojrzalszymi, co każe mężczyznom kultywować pamięć o tychże przez kolejne dziesięciolecia ich życia. I tak jak Marylin wyniesio na piedestał w filmie wspomnianym (po raz enty zresztą na przestrzeni wielu już lat i na rozmaite sposoby), tak Umberto Umberto wielbi na łamach tekstu Eco swą Nonitę…
Każdym skurczem ciała pragnąłem tych istot napiętnowanych już nieubłaganym przemijaniem, pochylonych pod zgubnym ciężarem osiemdziesięciu lat, noszących już w sobie przerażające widmo zgrzybiałości, która tak silnie oddziałuje wszak na zmysły. Aby zdefiniować te niewiasty, nie znane większości mężczyzn, skazane na obojętnośc owych usagers jędrnych 25latek przybyłych z Friuli, przyjmę - czując, jak gwałtownie podchodzą mi do gardła wymiociny wiedzy unicestwiającej wszelki gest niewinności - określenie, które, mam nadzieję, okaże się ścisłe: Parkunie.