Suzie Templeton znana jest na polskiej ziemi głównie z powodu Oskara dla, wyreżyserowanego przez nią, Piotrusia i wilka z roku 2006. Film wyprodukował brytyjski Breakthru Films oraz polski Se-Ma-For, stąd Oscar dla Suzie jest także wyróżnieniem dla polskiego przemysłu filmu animowanego. Tymczasem poza animacją Templeton zajmuje się także pisarstwem i reżyserią, a ostatnio ponoć pracuje nawet nad produkcją filmu aktorskiego. Co do animacji natomiast, mówi się o Suzie w kontekście raptem trzech tytułów, z których każdy przyniósł jej rozgłos i uznanie - aż chciałoby się powiedzieć, że do trzech razy sztuka, Oscar bowiem uwieńczył prace nad chronologicznie trzecim z nich.
Lubię animacje Suzie. Wszystkie trzy. Być może nawet bardziej dwie pierwsze niż Piotrusia i wilka. Być może nawet wynika to z czystej przekory wobec faktu, że film oskarowy promuje się najbardziej, resztę zostawiając delikatnie w cieniu.
Templeton swoją przygodę z animacją rozpoczęła w University for Creative Arts w Farnham, znanym w jej czasach jako Surrey Institute of Art and Design. Z tamtych to czasów pochodzi jej debiut w animacji, tj. Stanley z roku 1999, od razu obsypany nagrodami na licznych festiwalach. Mroczny, surowy, pozbawiony dialogu, przez co obraz, jedyny nośnik znaczenia, staje się tym bardziej wyrazisty. Wykorzystujący zarówno kukiełki, jak i elementy, przedmioty dla niektórych z nas dnia codziennego - choćby kawałek surowego mięsa, który żona Stanleya z taką pasją kroi. Początkowo wydaje się, iż jej pasją jest raczej gotowanie, jak przystało na przyzwoitą panią domu mieszczącą się w obiegowej definicji pani domu. Jednak to rąbanie mięsa okazuje się prawdziwą obsesją. Obrzydliwą, turpistyczną.
W tle tej emocjonalnie dominującej postaci początkowo pozostaje tytułowy, kruchy Stanley. Stanley jest jednym z tych biednych, zahukanych mężów swoich żon-babochłopów, dla których to żon bezwzględne wypełnianie obowiązków domowych pozostaje jedynym sposobem na realizację ich władczych zapędów. Lecz Stanley też ma pasję. Utajoną, ukrywaną z drżeniem serca miłość. Na podwórku hoduje piękną, dorodną już kapustę. I chciałby, by stała się ona największą i najpięknięjszą kapustą wśród innych wielkich i pięknych. Pieści ją, czule szepcze, miewa erotyczne sny z jej udziałem.
Obydwie postaci znakomicie wpisują się w estetykę całego filmowego mise-en-scene. Szorstkie, brudne dekoracje, krew na rękach tak żony, jak i przecież męża. Chropowatość filmu nagranego na Becie SP podkreśla atmosferę świata, w jakim poznajemy bohaterów.
W podobnej aurze, acz może pozornie mniej krwawej, utrzymany zostaje drugi film Suzie Templeton, zatytułowany Dog (2001). Film to również wielokrotnie nagradzany, zaś najwyższą z nagród wydaje się być brytyjska Bafta w roku 2002. Dog jest niezwykle wyrafinowany emocjonalnie. Balansuje pomiędzy emocjami bohaterów, motywami działania a tym, co faktycznie się wydarza. Bazuje na niedopowiedzeniu, na aluzjach, skrótach myślowych. Ktoś stwierdził kiedyś, że Templeton nadała tą animacją nowe znaczenie słowu ponury. Film bowiem faktycznie jest ponury, ckliwy, jednak w sposób jakże daleki od melodramatycznego.
Mówiąc najprościej, film opowiada o trudnej relacji ojca i syna, która opiera się o milczenie raczej niż rozmowę. Strzępy zdań równie wymowne co pauzy milczenia pomiędzy nimi. Cierpiący na fobię ojciec nie wychodzi z domu. Smutny chłopiec tęskni za matką. Obydwoje tak bardzo samotni, mimo że razem. A towarzyszy im schorowany pies, dzięki któremu poznamy tajemnicę. Niewiele jest animacji na świecie, które sprawiają, że widz ma autentyczną chęć uronienia łzy nad losem przedstawionych postaci. Ten do takich należy.
W roku 2006 Suzie ukończyła swój oskarowy przebój, Piotrusia i wilka. Produkcji tej nie trzeba przedstawiać. Dość zauważyć, że kontynuuje on styl Templeton, jaki poznaliśmy w filmach poprzednich oraz że… niezapomnianym przeżyciem jest obejrzeć go przy akompaniamencie orkiestry na żywo wygrywającej dźwięki muzyki Prokofiewa.
***
Pełne wersje filmów Stalney i Dog dostępne są z oficjalnej strony Suzie Templeton (rzadziej w obiegu kinowym…).








